Przyszłość nowych technologii
– wywiad z Marcinem Szeligą

Artykuły eksperckie | 26.10.2016 | Czas czytania: 8 minut

Zapraszamy do lektury wywiadu, przeprowadzonego podczas tegorocznego hakatonu programistycznego, który odbył się 8 października w JCommerce. Marcin Szeliga to filozof danych i niezależny konsultant, który od 20 lat zawodowo zajmuje się serwerem SQL. W przerwie między wykładami a konkursem dla programistów baz danych, w którym pełnił rolę mentora, zgodził się odpowiedzieć na nasze pytania, dotyczące przyszłości technologii informatycznych, zawodów przyszłości i sztucznej inteligencji.

Podczas wykładu inaugurującego nasz hakaton powiedziałeś, że przez najbliższe 20 lat świat zmieni się bardziej, niż zmienił się przez ostatnich 200 lat. Jeśli tak będzie, to na pewno wiele zawodów, które znamy dzisiaj, zniknie. Jakie więc według Ciebie zostaną lub powstaną? Jaki zawód najlepiej wybrać dla siebie albo doradzić dzieciom?

Po pierwsze trzeba mieć otwartą głowę, nie ma sensu się oszukiwać, że w przyszłości będą się sprawdzały utarte schematy. Myślę, że wszystko będzie się coraz szybciej zmieniało. Być może ci młodzi ludzie, którzy dzisiaj tutaj przyjechali, żeby wziąć udział w warsztatach i konkursie, to jest już ostatnie pokolenie, w którym prowadzenie samochodu jest powszechną umiejętnością. Dla następnego pokolenia może być to już takie samo hobby, jak dla nas jazda konna, a większość ludzi będzie jeździła samochodami, które same zawiozą ich do celu. A to oznacza, że trzeba być bardzo otwartym na zmianę. Najbardziej cenne zawody, najbardziej przyszłościowe, to będą te wszystkie zawody, które są związane z danymi – to na pewno. A więc statystyk, analityk, ale też inżynier. Będą to również niektóre zawody ściśle humanistyczne, jak psycholog, który nas wysłucha, albo artystyczne, czyli te zawody, których się nie da – albo nie będziemy chcieli – skomputeryzować.

Które w takim razie nie będę już potrzebne?

Wszystkie te, gdzie człowiek musiał nauczyć się jakichś reguł i teraz je stosuje, czyli na przykład lekarz pierwszego kontaktu, prawnik, tłumacz. To są zawody, w których komputery już teraz nie ustępują człowiekowi. Ilu z nas leczy się u doktora Google? W przyszłości zamiast męczyć Google tak trochę na ślepo, będziemy mieli komputer wyposażony w sztuczną inteligencję, która rzeczywiście studiowała medycynę, co znaczy, że uczyła się na przypadkach: jakie są objawy, przyczyny, co się dzieje z człowiekiem podczas choroby, jak go leczyć. I taki komputer, tak samo jak dzisiaj gra w szachy, będzie mógł postawić diagnozę. Być może nawet trafniejszą niż człowiek.

Czyli poza programistami niewielu może spać spokojnie?

Niekoniecznie, bo z drugiej strony są też zawody, które potrafimy zinformatyzować, ale tego nie robimy. Jakiś czas temu pracowałem przy projekcie śmieciarki, która jeździ bez śmieciarza czy kierowcy. I rzeczywiście powstał całkiem udany prototyp, który sam jeździł rano, bez udziału człowieka, a komputer i czujniki sterowały ramieniem, które zbierało kosze i śmieciarka jechała dalej. Ale ostatecznie projekt został zarzucony. To ramię sobie nie zawsze radziło, kosze nie zawsze były w odpowiednim miejscu, ktoś ich nie wystawił, albo były gdzieś schowane. Pewnie dałoby się to jakoś dopracować, ale ostatecznie stwierdzono, że taniej jest jednak zatrudnić ludzi do tej pracy. I to jest dosyć charakterystyczne. Kiedyś w książkach fantastycznych lub filmach science-fiction to maszyny czy roboty skręcały śrubki i robiły najgorszą robotę, a ludzie nimi kierowali. Ale teraz okazuje się, że często jest odwrotnie. W centrach handlowych, logistycznych czy przeładunkowych to komputer mówi pracownikowi, gdzie ma iść, a człowiek ze słuchawką w uchu słyszy: sześć kroków w lewo, dwa kroki w prawo, trzecia półka, ręce podnieś do góry… Te role mogą być zupełnie odwrócone.

Taka wizja trochę jak z Matrixa…

W każdym kierunku to może iść. Komputery są całkiem dobre w podejmowaniu decyzji i coraz częściej im na to pozwalamy. Na przykład w tych głośnych ostatnio autonomicznych samochodach, które od czasu do czasu będą musiały przecież podjąć decyzję, np. zabić pasażera czy przechodnia, który wtargnął na drogę.

Czyli w takim razie najważniejsza rola będzie tutaj po stronie tego, który to będzie programował, tak?

No właśnie nie całkiem. Bo sztucznej inteligencji się nie programuje. Przynajmniej nie w tym sensie, że są jakieś zbiory reguł, które myśmy dali, a teraz maszyna będzie ich przestrzegać. Nie. To jest tak, że na początku dajemy maszynie jakieś dane: informacje, liczby, jakieś treści. Dla przykładu: model sztucznej inteligencji, który poproszono o napisanie rozprawki, uczył się wcześniej na treściach z Wikipedii. Jak przeczytał, to dostał polecenie: napisz coś od siebie. Nie było żadnych reguł, które by ten proces z góry regulowały.

No ale właśnie, jeśli nie wprowadzimy reguł początkowych, to może to iść w zupełnie niekontrolowanym kierunku. Pamiętam przykład internetowego bota od Microsoftu, który miał się uczyć, dyskutując z użytkownikami Twittera. Wynik był taki, że stał się wychwalającym Hitlera rasistą, nienawidzącym wszystkich naokoło i trzeba go było wyłączyć… A ten samochód autonomiczny, o którym mówiliśmy, bazując jedynie na danych, poświęci pewnie osobę, która jest starsza, ma gorszy stan fizyczny lub mniejszą wartość dla społeczeństwa. Bo taka jest logika danych. Ale społecznie to jest niedopuszczalne.

Myślę, że właśnie tak będzie. Bo dane zmieniają sposób myślenia, zmienia się paradygmat. Dzisiaj jest tak, że mamy swoje przekonania, swoje poglądy, w nauce mamy hipotezy. Po ich skonstruowaniu zabieramy się do ich weryfikacji, wyciągamy jakieś wnioski i działamy. W modelu, o którym ja mówię, nie ma wstępnej hipotezy. Są tylko dane – tekst, liczba, obraz. Potem jest model, czyli z tych danych czegoś się nauczyliśmy. Najpierw była abstrakcja, potem generalizacja, mamy jakieś reguły, ale to są reguły wyprowadzone z danych. I z tych reguł dopiero wyciągamy jakieś wnioski. Ponieważ tych danych jest dużo – bardzo dużo – wszystko jest w jakiś sposób do siebie podłączone, ten model okazuje się nie być taki straszny. Możemy mu powiedzieć: ucz się na tych danych, później weryfikujemy to na innych. A później następuje coś, czego brakuje w podejściu opartym na przekonaniach: zderzenie wniosków z rzeczywistością. W ten sposób bardzo łatwo ocenić, czy miałem rację, czy nie.

Nie wiem czy wiesz, ale szacuje się, że aż 70-90% prac naukowych, zwłaszcza w dziedzinie medycyny, jest fałszywych. Wnioski w nich zawarte są po prostu nieprawdziwe. Dlaczego? Bo ktoś miał swoją hipotezę, może nawet jakoś obiektywnie do niej doszedł, na przykład miał grupę pacjentów, znalazł jakąś medyczną ciekawostkę. Na tej podstawie stworzył hipotezę, a potem ją uogólnił na nas wszystkich. Ale bez poparcia w danych. Bo tak naprawdę pierwszy był wynik, a później do tego dostosowano dane. Bo danymi, jeśli od początku mamy gotowe wnioski, łatwo można żonglować.

No dobrze. Ale ludzie mają jednak tendencję do narzucania reguł. Tak jak w medycynie jest bioetyka, która zakazuje pewnych badań i zabiegów, tylko i wyłącznie ze względu na przekonania, być może będzie też potrzeba stworzenia takich regulacji w informatyce, stworzenia infoetyki…

Nie wiem jakby to miało wyglądać, ale byłoby to bardzo ciekawe. Być może pójdzie to w takim kierunku, ale na tym etapie jednak jest to wciąż fantastyka naukowa.

No tak, bo mówimy o sztucznej inteligencji, która też jest jeszcze fantastyką naukową. Ale w takim razie skupmy się na czymś, co jest bardziej realne. Analiza Big Data. Czy etyczne jest analizowanie wszystkich danych dotyczących aktywności w sieci, płatności, położenia GPS. Teoretycznie jesteśmy w stanie te wszystkie dane połączyć z konkretną osobą, powiedzmy z numerem PESEL i wiedzieć o niej niemal wszystko, nawet bardzo osobiste, intymne szczegóły.

To prawda. I to się właściwie stało już jakiś czas temu. Jest taka książka, Dataclysm, czyli kataklizm danych, o tym jak dużo wiedzą o nas dysponują komputery. Książkę napisał pewien Amerykanin, który prowadził portal randkowy. Taki portal to jest bardzo specyficzne miejsce, w którym nie możesz skłamać w pewnych kwestiach. Nie możesz na przykład zafałszować swoich preferencji, bo chcesz spotkać osobę, która Cię interesuje, a nie wręcz przeciwnie. Więc są aspekty Twojej prywatności, co do których musisz powiedzieć prawdę, a jednocześnie są to rzeczy, o których nie chciałbyś o sobie przeczytać w gazecie. Niesamowite ile mimo wszystko ludzie są skłonni powiedzieć o sobie. A analiza takich danych pozwala na budowę kompletnych profili. Tak jak bycie off-line powoli staje się luksusem, tak prywatność jest luksusem już teraz.

Dlatego są już pierwsze regulacje. Unia Europejska ratyfikowała niedawno prawo do bycia zapomnianym – są więc pierwsze kroki, żeby oddać nam prawo do naszych danych.

To prawda. Ale z drugiej strony wiemy, że Amerykanie, Rosjanie, Chińczycy i inni pewnie też, słuchają i nagrywają wszystkie rozmowy telefoniczne na świecie, wszystkie maile, wszystko, co kiedyś zostało powiedziane czy napisane. Są ludzie, którzy z jakichś powodów to analizują i archiwizują. Technologia już na to pozwala – przechowywanie i przetwarzanie danych jest już teraz tak tanie, że rządy są w stanie to robić. Bycie anonimowym to jest naprawdę luksus, ale wydaje mi się, że ludziom niespecjalnie na tym zależy. Są w stanie w Internecie naprawdę dużo o sobie powiedzieć. To prawda, że jeśli chcemy korzystać z dobrodziejstw Internetu, musimy dzielić się danymi. System musi o nas wiedzieć. I to jest okej. Zawsze jednak, operując naszymi danymi, musimy brać pod uwagę bilans zysków i strat. Sprzedajemy swoje dane za konkretne korzyści. I problem jest w tym, że tak naprawdę sprzedajemy te dane poniżej ich wartości. Albo nawet za bezcen.

No dobrze. Trochę odbiegliśmy od tematu. Skoro jest tyle niewiadomych i tyle zagrożeń, to jakie decyzje dotyczące przyszłości podejmować, żeby chociaż trochę zminimalizować to ryzyko? Choćby tylko w sensie zawodowym, bo od tego zaczęliśmy?

Dane to słowo klucz. Jest ich coraz więcej i będzie jeszcze więcej. My je generujemy, urządzenia je generują, niedługo będziemy je przetwarzać na jeszcze większą, nieznaną dotąd skalę. Więc ludzie, którzy będą się tymi danymi zajmowali, plus tacy ludzie, którzy mają otwartą głowę, będą coraz bardziej potrzebni. Zresztą już teraz ich brakuje, dobrych fachowców zawsze brakuje w takich rozwijających się dziedzinach. Za rok będzie ich brakowało bardziej, a za dwa lata jeszcze bardziej.

A czy nie będzie to kolejny „złoty kierunek”? Dwadzieścia lat temu rodzice marzyli, żeby ich dzieci były lekarzami albo prawnikami. Później modne stało się zarządzanie. I wszyscy to studiowali. A teraz nie mają gdzie pracować. Czy w tym przypadku nie będzie tak samo? Co jeśli w końcu tego analityka zastąpi maszyna?

To prawda. Po tych dwudziestu latach może rzeczywiście tak być, że tych zawodów, związanych z technologiami informatycznymi, jakie dzisiaj znamy, już nie będzie. Obecnie jednak uniwersytety nie są w stanie wyprodukować tylu absolwentów, ilu potrzebuje rynek pracy. Informatyka dzisiaj zmienia świat i ciągnie cały rozwój. Zmienia podejście naukowe, wpływa na wszystkie dziedziny gospodarki i działalności człowieka. Dwadzieścia lat to nie jest wcale taka krótka perspektywa. Wydaje mi się że w ciągu tych dwudziestu lat na pewno informatykom gorzej nie będzie. A co potem? Potem to już nie wiadomo, tego nikt nie jest w stanie przewidzieć. 

Autorem wpisu jest

Marcin Szeliga

Data Scientist

Filozof danych i niezależny konsultant, od 20 lat zawodowo zajmujący się serwerem SQL Server. Specjalizuje się w systemach DW/BI, ze szczególnym uwzględnieniem systemów eksploracji danych, rozwiązywaniem problemów z jakością danych oraz optymalizacją baz danych. W ciągu ostatnich trzech lat zewnętrzny ekspert Microsoft Polska ściśle współpracujący z partnerami ISV i kluczowymi klientami Microsoft. Ponadto, od 2003 roku, autor książek i artykułów poświęconych SQL Server. Od 2006 roku nieustannie nagradzany prestiżowym tytułem MVP, posiadacz wielu certyfikatów Microsoft, w tym MCT, MCSE: Data Platform & Business Intelligence i MCSD: Azure Solutions Architect & Microsoft .NET.

Komentarze

  • Aktualnie brak komentarzy.

Skontaktuj się z nami